Skip to content

Co Pan do mnie mówisz? Proporcje nierozumienia.

Swego czasu, jeszcze na poprzednim blogu w drugim moim blogowym wpisie w życiu, od którego niedługo upłynie 5 lat, podzieliłem się swoją próbą opanowania cyrylicy. W dość karkołomny sposób. Po latach, mogę także przyznać, że przynajmniej dla mnie nie okazał się on za grosz skuteczny.

Motywacją do tamtej próby poza pracą z Ukraińcami, co wspomniałem w tamtym wpisie, było także pewne życiowe doświadczenie. Pamiętam kiedy po raz pierwszy w moim dorosłym życiu, pojawiłem się w kraju w którym mieszkańcy używali innego alfabetu. Była to Bułgaria. Niedługo później, jeszcze intensywniej doświadczyłem tego w Ukrainie. Otóż umiejętność czytania była dla mnie wcześniej czymś oczywistym. Oczywistym jak fizjologia. Kiedy chce Ci się sikać, to nie myślisz o tym czy umiesz to zrobić, lub jak to zrobić, tylko znajdujesz odpowiednie miejsce i załatwiasz sprawę. Koniec. Tak samo podchodziłem do czytania. Zrozumieć treść – to inna sprawa, ale samo narzędzie jakim jest rozkodowanie znaków, odkąd opanowałem tę umiejętność, nie przykuwała mojej uwagi.

Dopóki nie pojechałem do Bułgarii, gdzie nagle, w sposób zaskakujący poczułem się kompletnie bezradny. Nie mogłem się skoncentrować na tym, żeby próbować zrozumieć sens, skoro wywalałem się już na etapie narzędzia.

Dziś to doświadczenie mi się przypomniało ponownie. Lubię czasem pofilozofować i w jakimś zdarzeniu dopatrzeć się pewnego bardziej ogólnego schematu. W ten właśnie sposób w moich dzisiejszych doświadczeniach wdrażania się w nowe obowiązki, dopatrzyłem się wspólnego mianownika z tamtą bezradnością w obliczu bukw.

Jak można było przeczytać wcześniej, zmieniłem niedawno firmę dla której pracuję. Firma jest z gatunku tych dynamicznych, które ostro jadą do przodu. Wdrażanie się więc, mimo iż dobrze przemyślane, w pierwszym wrażeniu przypomina próbę złożenia łańcucha na zębatkę która ciągle się kręci.

W firmach zwykle tworzy się wewnętrzna kultura, a także – wewnętrzny żargon. Mówiony i pisany. Żargon oczywisty dla tych, którzy dorastali razem z nim. Żargon, który jest ścianą w pierwszym kontakcie, dla tego który dołącza.

Dziś jadąc do pracy uświadomiłem sobie, że po kilku tygodniach, znacząco poprawiły się moje „proporcje nierozumienia”.

Dalej dużo nie rozumiem. Także wtedy, gdy ktoś do mnie mówi, lub przysłuchuję się czyjejś rozmowie, bądź próbuję zrozumieć wątek w mailach.

Jednak w ciągu paru tygodni mocno spadła liczba niezrozumienia A (shit – nie rozumiem słów, zwrotów i skrótów którymi się posługujesz), na rzecz niezrozumienia B (rozumiem poszczególne słowa z osobna, ale nie rozumiem sensu który przekazujesz), a nawet na rzecz niezrozumienia C (rozumiem co do mnie mówisz, nie bardzo rozumiem jednak dlaczego akurat to, akurat tu i teraz jest ważne).

Uświadamiając to sobie poczułem się dość dobrze, bo oznacza to, że moje wdrażanie się w materię idzie całkiem dobrze. Czasem wystarczy nieco zwiększyć rozdzielczość w jakiej obserwujemy dany aspekt, żeby się uspokoić, lub odwrotnie – zaalarmować, jeśli to zasadne.

Mogłem na swoją sytuację mieć jedną dużą kategorię (nie rozumiem. Nie ogarniam.). Wtedy jednak trudno byłoby stwierdzić czy robię postępy czy nie. Pewnie dużo łatwiej byłoby o poczucie utraty kontroli i wejście w tryb zarządzania własną paniką. Tymczasem, mimo iż ciągle dużo nie rozumiem, widzę, że trend jest jak najbardziej prawidłowy. Co więcej – mimo iż po trzech tygodniach, ciągle nie ogarniam tematu, mam poczucie, że moje tempo wdrażania jest całkiem przyzwoite. Dziwne nie?

Pozdrawiam

Przemek

Niewygodne liście.

Tak sobie jeszcze pomyślałem, o moim ostatnim wpisie i metaforze poczwarki na liściu, jako osoby która przechodzi jakąś fazę rozwojową (poczwarka), siedząc w kokonie na konkretnym liściu (kontekst – np. firma w której pracujemy).

Pomyślałem sobie o tych licznych sytuacjach, kiedy jednak – wbrew mądrością które tu ostatnio wpisałem, krytykujemy „swój” liść. Że inny lepiej nasłoneczniony, że rosy więcej itp. W zasadzie kiedy dajemy się wciągnąć w tę pułapkę którą ostatnio wspomniałem w końcowych akapitach.

W takiej sytuacji, warto pamiętać i nawet na siłę przypominać sobie pewien truizm.

Liścia nikt nie wymyślił po to, żeby się na nim robaki przepoczwarzały. Nie po to został stworzony. Jego ewolucja nie optymalizowała akurat tej funkcji. Liść służy do czegoś zupełnie innego, a owady po prostu korzystają z jego obecności także do własnych potrzeb.

Sam fakt, że liście są i można skorzystać z nich także do własnego rozwoju, jest już bardzo pozytywnym zjawiskiem. Nawet jeśli akurat w Twoim liściu jest dziura, którą kiedyś ktoś wygryzł.

Pozdrawiam

Przemek

Zmiana barw.

„Są takie chwile w życiu żółwia, że musi dać komuś w mordę” napisał kiedyś na jednym ze swoich satyrycznych rysunków Andrzej Mleczko. I jakoś ten tekst, choć nie do końca adekwatny do wielu sytuacji, nieustannie kojarzy mi się ze zmianą. Z momentami w których człowiek kończy proces inkubacji swojej decyzji, podnosi się z fotela, mówiąc „ no dobra, trzeba się za to zabrać” i zaczyna wprowadzać ją w życie. Bo są takie chwile, kiedy czujesz, że to już czas.

Dla mnie przyszedł moment, w którym postanowiłem pracować dalej pod inną banderą. Z moim poprzednim pracodawcą współpracowałem przez dziewięć lat. To kawał czasu. Ogromnie dużo zawdzięczam firmie i ludziom z którymi bezpośrednio się zetknąłem. To tam nastąpiła moja transformacja ze świeżo upieczonego inżyniera, bez jasnego pomysłu na zagospodarowanie swoich umiejętności i pokonanie swoich słabości, na managera, kroczącego dość pewnie wśród meandrów świata high-tech. Z człowieka, który nie jest pewien, czy nie został zatrudniony przez przypadek, w człowieka który dość dobrze rozumie jaką wartość wnosi. Oczywiście to przede wszystkim moja własna praca pozwoliła mi na tę transformację, tak jak motyl musi o własnych siłach wyleźć z kokonu. Ale głupotą byłoby, przypisywać jedyną zasługę sobie – motyl też ma szczęście, że przyszło mu się przepoczwarzać akurat na tym liściu, na którym nic go nie zeżarło. Ja dziewięć lat temu miałem to szczęście, że trafiłem na dobry liść. Mimo iż wtedy oczywiście nie mogłem o tym wiedzieć.

Wczoraj rozpocząłem nowy etap swojej drogi, na nowym dla mnie liściu. Innym. Rzecz która dla świata zewnętrznego może wydawać się niezbyt istotna, dla mnie personalnie była wielką zmianą. Wiele czasu poświęciłem myśleniu. Wiele kilometrów zrobiłem, kręcąc się pozornie bez celu i trawiąc ten temat. Wiele zapewne Juli energii spaliły moje szare komórki. Efekt jednak tych przemyśleń można sprowadzić do dość prostych dwóch zdań.

– Jeśli czujesz, że przyszedł ten moment w życiu żółwia – po prostu weź temat za bary. Nie ma co tego trawić zbyt długo. W życiu żółwia są takie chwile.

– Nie zapominaj co zawdzięczasz liściowi. Poświęć chwilę, na przemyślenie co by było, gdybś trafił inaczej?

– Pamiętaj, że to transakcja wiązana. Korzystaj z liścia, ale dbaj też o to, żeby liść miał z Ciebie korzyść. Niech dzięki Tobie stanie się lepszym liściem.

– Każdy liść ma jakąś skazę. Jakiegoś parcha. Jakąś mszycę. Jeśli będziesz się koncentrować na tych aspektach, znajdziesz je. I będą psuć Twój komfort obcowania z liściem. Nie ma sensu myśleć o tych aspektach. Pamiętaj jakie ogólne korzyści płyną z obecności liścia. Nie tylko dla Ciebie.

– Jeśli chcesz zmienić liść, bo Twój jest do niczego w porównaniu z innymi, ma owe wspomniane mszyce, parchy i jeszcze ptak na niego narobił, to usiądź z powrotem, weź głęboki wdech i zastanów się nad sobą, bo z dużym prawdopodobieństwem, jest to problem z Tobą, a nie z liściem. Jeśli masz nawyk koncentrowania się na takich rzeczach, to ten nawyk nie przejdzie Ci również na nowym liściu.

 

Pozdrawiam serdecznie wszystkie motyle, poczwarki, larwy, liście i wszystko inne.

Pozdrawiam

Przemek

 

Czego Steven Hawking nigdy się nie dowie?

W zimie, o ile w tym roku tę porę można uczciwie nazwać zimą, miałem okazję bawić się na imprezie firmowej. Spotkałem tam koleżankę, z którą jakiś czas wcześniej wspólnie pracowaliśmy. Oboje darzymy się wzajemnym szacunkiem, tak jako profesjonalistów w swoich dziedzinach jak i po prostu jako ludzi. W naturalny więc sposób zdarza nam się rozmawiać tak o sprawach stricte zawodowych, jak i nieco szerzej czy też – bardziej o ludzkich aspektach pracy.

Koleżanka podzieliła się ze mną pewną myślą która uświadomiła mi, że jakkolwiek by się nie starał, to nigdy, przenigdy nie będzie wiarygodnie potrafił odpowiedzieć, czemu dokładnie zawdzięcza swój sukces. Kto taki? Oczywiście Steven Hawking.

Steven Hawking jest skrzyżowaniem naukowca i celebryty. Jest niewątpliwie wyjątkowo tęgą głową. I niewątpliwie jest człowiekiem bardzo sławnym i bardzo opiniotwórczym. Jego wypowiedzi, powodują ten magiczny efekt, gdy świat dookoła zatrzymuje się na moment i słucha co też Hawking ma do powiedzenia?

Absolutnie nieodłączną częścią wizerunku Stevena Hawkinga, jest SLA. Straszna choroba, na którą cierpi. Pozostaje przy tym – o ile mi wiadomo – najdłużej żyjącą osobą ze zdiagnozowanym SLA – stwardnieniem bocznym zanikowym – na świecie. Dla wielu ludzi jest „tym sparaliżowanym naukowcem na wózku, który mówi przez komputer”. Kojarzymy go w ogromnym stopniu właśnie z tego wizerunku. Znacznie mniej spośród nas jest w stanie ocenić prawdziwą jakość jego naukowej pracy. Sam jestem w tej grupie – znam głosy mówiące, że jest jednym z najwybitniejszych fizyków obecnie żyjących na świecie. Znam też głosy mówiące, że są lepsi i gdyby nie choroba Hawkinga to byłby w ich cieniu. Ale czy jestem w stanie to sam ocenić? Nie. Jego wypowiedzi które znam, są mariażem fizyki z filozofią. Czasem etyką, lub antropologią. Nie mają wiele wspólnego ze złożonymi zagadnieniami fizyki teoretycznej. Tych jego dokonań nie znam i pewnie nie byłbym w stanie ich zrozumieć, jako że podstawy mojej wiedzy w tej dziedzinie są zbyt wątłe. Jednak znam go jako postać. Wiem kto to jest. Wiem (przyjmując bez weryfikacji), że jest mądrym facetem. Wiem, że jest chory. Wiem, że jeśli się wypowiada na jakiś temat, to pewnie warto posłuchać.

No i skąd ja to niby wiem? Skąd skoro nie znam jego prac naukowych? Skąd ten autorytet?

Ani ja, ani pewnie nikt inny wliczając samego Hawkinga nie będzie nigdy w stanie odpowiedzieć na pytanie – ile, ze swojej pozycji niekwestionowanego autorytetu, człowiek ten zawdzięcza swojemu intelektowi i naukowym osiągnięciom, a ile owej strasznej chorobie i oporowi jaki jej stawia. A także – współczucia jakie u wielu przez to budzi.

Czy zdrowy Hawking byłby tym kim jest? Na pewno nie, ale jak daleki wpływ na jego pozycję miała choroba? Czy w ogóle ktoś by się nim interesował? Jest przecież sporo wybitnych postaci naukowego świata, które nie zbudzają absolutnie żadnego zainteresowania społecznego.

Steven Hawking niewątpliwie może powiedzieć „wiele osiągnąłem”. Ale w tych myślach zawsze może się czaić cień – czy zawdzięczam to własnej pracy i intelektowi, czy tylko dobrze rozegrałem tę gorzką kartę, którą dał mi los?

Czas zmierzać do puenty, bo przecież coś to musi mieć wspólnego z moją koleżanką i naszą zimową rozmową. A ręczę Wam, że nie padło w tej rozmowie nazwisko Hawkinga.

Moja koleżanka jest osobą bardzo dynamiczną i ambitną. Intelektualnie błyskotliwą. Do pełni szczęścia brakuje tylko stabilnej wiary w obecność tych przymiotów i ich wartość. Taka kombinacja powoduje, że człowiek chce dostać niezbite dowody z „frontu”, co do własnej wartości. Moja koleżanka z jakiegoś powodu nie do końca jest przekonana, czy istotnie jest wystarczająco dobra w tym co robi. Czy jest wystarczająco profesjonalna. Nie cierpi przy tym na żadną chorobę jak Steven Hawking. Podobnie jednak jak on – ma cechę. Cechę, która jest nierozerwalnie związana z jej osobą.

Moja koleżanka jest kobietą.

Kobietą, pracującą w mocno zmaskulinizowanej branży i środowisku. Nie aż tak jak 15 lat temu, lecz wciąż dość znacząco. Jest to cecha, która ją wyróżnia. Tak jak Hawking, jakby się nie starał, pozostanie „tym gościem na wózku” i nigdy nie będzie wiedział ile z jego autorytetu jest „bonusem za ciężką sytuację”. Tak moja koleżanka dla części osób pozostanie „Tą laską z pierwszego piętra” i krok w krok idzie za nią niepewność, czy jej pozycja jest tylko i wyłącznie wartością wypracowaną własnymi rękami i głową, czy też jednak gdzieś tam, świat nie daje jej fory, traktując trochę jako „klubową maskotkę” – jakkolwiek źle by to nie brzmiało.

Mimo, iż na poziomie intelektualnym zna odpowiedz – zebrała wystarczająco dużo dowodów swojej merytorycznej – niezależnej od płci – wartości, to od samej myśli nie może się uwolnić.

Wracając na chwilę do Hawkinga. Cóż ów starszy Pan może zrobić? Jeśli ten dylemat go męczy (w co szczerze mówiąc wątpię), to nie ma specjalnego wyjścia jak tylko znaleźć sposób by się z nim pogodzić. Nigdy bowiem nie znajdzie odpowiedzi na to pytanie. Nigdy nie dowie się, czy kalectwo, do jego sukcesu przyczyniło się w 5, 30, czy 90ciu procentach. Czy może wręcz przeciwnie – nie pozwoliło mu rozwinąć skrzydeł. Nie dowie się tego i kropka, a dywagacje na ten temat nie prowadzą w żadnym dobrym kierunku, więc pytaniem tym nie warto się zajmować.

Pytaniem o wiele bardziej konstruktywnym w tym kontekście, jest proste – I co z tego?

Jakie to ma znaczenie? Steven Hawking jest chory na nieuleczalną chorobę. Ale to tylko jedna z wielu „cech” tej postaci. Jest też białym Brytyjczykiem, co – patrząc z globalnej perspektywy – jest zmienną o wiele bardziej znaczącą dla jego losu, niż jakaś choroba. Ma talent literacki – czy i on nie mógł być bardziej istotny w sukcesie niż wiedza z fizyki? Steven Hawking jest o wiele bardziej złożoną postacią, niż tylko „facet chory na SLA”. SLA jest jednym z elementów. Sukces zawodowy i pozycja społeczna tego człowieka są kombinacją tego kim był, co robił, kim się stawał, jak na to reagował, w jakim czasie się urodził i dorastał, oraz całej masy innych czynników, często kompletnie niezależnych od niego, bo żyjemy w skomplikowanej rzeczywistości, a nie w sterylnym powtarzalnym laboratorium. Czy to w czymkolwiek umniejsza osiągnięcia tego człowieka?

Moja koleżanka jest kobietą. Do tego kobietą atrakcyjną, przez co aspekt kobiecości będzie grał jakąś rolę w jej zawodowych relacjach, czy tego chce czy nie. Niezależnie od tego jakby nie irytowało to wojowników o równouprawnienie, traktujemy się inaczej w zależności od płci. Mnie też inaczej traktują kobiety a inaczej mężczyźni. Ja też jakbym się nie starał nie wyruguję tego elementu z mojej własnej percepcji. Tak po prostu jest.

Lecz płeć, w przypadku mojej koleżanki, tak samo jak w każdym innym przypadku, jest tylko i wyłącznie jedną z cech. Licznych. Pewnie całkiem istotną. Ale nie najistotniejszą. Czy ma jakiś wpływ na jej karierę zawodową? Oczywiście że ma. Tylko cholera wie jaki! Tak jak nie da się powiedzieć, jak przebiegałaby kariera zawodowa Hawkinga, gdyby był równie bystrym w fizyce w pełni zdrowym Hindusem. Byłaby to po prostu inna sytuacja i inny człowiek.

W niektórych sytuacjach kobiety z całą pewnością mają trudniej. Szczególnie w tradycyjnie „męskich” domenach. W niektórych mają z całą pewnością łatwiej. Jeśli jednak jesteś kobietą i podzielasz rozterki mojej drogiej koleżanki to pomyśl o tym w następujący sposób.

Mnie nie wypada korzystać z damskiej toalety. Ty z niej korzystasz. W drugą stronę działa podobnie. Czasem to może być minus (ja na przykład mam od biurka bliżej do damskiej), lecz pozostaje tylko i wyłącznie małym elementem układanki. Prawidłowo spriorytetyzowana kwestia płcy w pracy, ma o wiele mniejsze znaczenie niż fakt, czy np. ktoś jest życzliwy dla innych czy chamski w obejściu. Że o profesjonalizmie działań już nie wspomnę. Tak jak nie ma sensu zastanawiać się, czy byłabyś równie cenionym inżynierem gdybyś była wyższa/niższa/starsza/mniej wyszczekana itp. Itd.

Pozdrawiam

Przemek

Poczucie obowiązku – reaktywacja.

Jak widać wyraźnie, na długi czas straciłem zainteresowanie blogiem. Ponad pół roku minęło, odkąd coś opublikowałem. Ponad 4 miesiące odkąd ostatni raz nosiłem się w ogóle z tym zamiarem. Miałem sporo innych zajęć i najzwyczajniej po ludzku – inne rzeczy były dla mnie ciekawsze. W przeciągu jednak ostatnich kilku dni, z dwóch niezależnych źródeł usłyszałem, że ów blog się kurzy a czytanie go, przynajmniej w tych dwóch przypadkach przynosiło czytelnikom jakąś frajdę.

Cóż – pisanie czegoś pod własnym nazwiskiem, stanowi swego rodzaju zobowiązanie. W każdym zobowiązaniu i w każdym temacie bywają zapewne słabsze – od strony motywacyjnej – okresy. Kiedy po prostu „wpisałbym coś, ale jakoś nie mam weny, jakoś mi się nie chce, jakoś nie mam czasu itp.”.

Temat który zapisałem sobie jako „kolejny do poruszenia na blogu” leży na moim dysku z datą 12go marca. Trochę więc czasu już ten motywacyjny kryzys trwa i samo się nie naprawi. Kiedyś czytałem wywiad (chyba już o tym pisałem) z Michaelem Phelpsem. Zapytany przez dziennikarza „Co robisz, gdy budzisz się rano i po prostu nie masz ochoty na trening?” odpowiedział „Zmienam nastrój”.

Skoro więc nie mogę zrobić wpisu dlatego, że mam na to ochotę, to czas najwyższy zrobić go z poczucia obowiązku.

Niebawem będzie więc wpis o kobietach i pewnym fizyku.

Pozdrawiam

Przemek

Duma w pracy managerskiej.

Poczucie bycia dumnym z własnego dzieła, jest jednym z istotniejszych składników satysfakcji z pracy. A pewnie i szerzej – satysfakcji w życiu.

Pamiętam jako dziecko, gdy udało mi się zrobić plastelinowego potwora, który wyglądał tak dobrze, że aż chciało się nim bawić. Patrzyłem na niego z satysfakcją i dumą i aż mi serce rosło.

Pamiętam kiedy 20 –parę lat później, wraz z kolegami pracowałem nad wykryciem dość poważnego problemu w sieciach telefonii komórkowej. Była i praca po nocach i w weekendy. Był stres i przeciążenie. I poczucie dumy, kiedy napisane przez nas oprogramowanie zaczęło gonić po sieciach na świecie i wykrywać uszkodzony hardware w nadajnikach. Moja rola w tym projekcie nie była kluczowa, ale wystarczająca abym czuł się częścią czegoś istotnego. Byłem dumny.

Duma z wykonywanej pracy jest ważna. I dobra. Oczywiście nie mówię tu o patologii, która powoduje niemożność przyjęcia krytyki efektów naszej pracy, lecz o zdrowym poziomie dumy.

Dziś już nie piszę oprogramowania i nie szukam w nim błędów. Moje własne patche nie rozwiążą żadnego istotnego problemu. Z czego więc może i powinien być dumny manager?

Wielu moich kolegów zapewne, z jadowitą satysfakcją odpowiedziałoby na to pytanie błyskawicznie:

– „jak to z czego? Z tego co robi! Z niczego!”

I niezależnie od niecnych intencji takiej odpowiedzi, trochę w tym słuszności jest. Jeśli pokusić się o odpowiednią interpretację.

Zanim jednak podzielę się swoim przełomowym odkryciem, które zresztą jak to często bywa okazuje się być truizmem i oklepanym frazesem, muszę pokusić się o dopisanie klauzuli. Klauzulą tą zresztą powinienem okraszać większość swoich wpisów.

Poniższe stwierdzenie obrazuje pogląd autora, na dzień 29-12-2014. Autor zastrzega sobie prawo zmiany poglądów w dowolnym momencie, w funkcji zmian poziomu wiedzy i doświadczenia, a także z innych możliwych przyczyn, bez konieczności ich podawania do publicznej wiadomości. Amen.

A teraz moja złota myśl.

Manager dobry może być dumny z siebie. Ze swoich osiągnięć, umiejętności, a nawet pozycji czy władzy (może to i mało chwalebne, ale często działa w praktyce bez zarzutu).

Manager bardzo dobry, nie powinien być jednak dumny z siebie, lecz z tego czym zarządza.

Zamiast – „patrzcie jaki jestem heros!” mamy więc – „patrzcie jak to pięknie działa!”.

Zależnie od tego jaki jest to rodzaj zarządzania, ubrane w konkretne ramy.

Być dumny z realizowanego projektu. Być dumny z podległych specjalistów. Być dumny z zarządzanych operacji. Z działania organizacji. Być dumny z tego jak kształtuje się firma.

Bycie dumnym to przyjemny stan, do którego chce się wracać. Jeśli więc czuję się dumny, z zarządzanych przeze mnie operacji – będę dążył do tego by powodów do dumy było wystarczająco wiele.

Przy tak ustawionych ramach, ów dumny manager trochę usuwa sam siebie z centrum wszechświata. Taki manewr wymaga oczywiście wystarczająco dobrego poczucia własnej wartości, aby nasze własne ego nie uschło bez brylowania w centrum. Oczywiście też błędem byłoby stracić się zupełnie z oczu. To przekreśliłoby chociażby szansę, na świadomy rozwój własnych umiejętności. Ale w ujęciu o którym piszę, manager bardziej postrzega siebie bardziej jako narzędzie służące czemuś, z czego chce być dumny, niż jako cesarza na tronie którego chwała spływa na świat. Bo w sumie dobry manager powinien świecić jasno, lecz niekoniecznie światłem własnym. Nie ma co lansować się na Słońce. Jeśli jesteś w stanie stworzyć gwiazdę z tego czym zarządzasz, ustawienie się w roli wspierającego satelity jest bardzo satysfakcjonujące.

Z tą górnolotną i nieco zagmatwaną myślą – życzę wszystkim udanego roku 2015go. Roku w którym niewątpliwie znajdziemy wszyscy wiele powodów do dumy.

Pozdrawiam

Przemek

Profesjonalna korzyść z humoru

Poczucie humoru ułatwia wiele spraw w życiu. Wśród nich, także wiele spraw w pracy. Ciągle jeszcze można spotkać osoby, które utożsamiają powagę z profesjonalizmem, a w konsekwencji śmiech i humor mogą interpretować jako zachowania nieprofesjonalne. Ogólny trend jednak – przynajmniej z moich obserwacji, idzie w innym kierunku. Poczucie humoru lub jego brak okazuje się być  mocno skorelowane z tym jak dobra jest atmosfera w pracy. Umiejętność rozluźnienia atmosfery, kiedy poziom stresu wchodzi na nieproduktywne poziomy jest bardzo cenna. Podobnie jak tworzenie atmosfery w której inni po prostu chcą przebywać. Rozumiem sytuacje w których nie ma miejsca na żarty. Jednak w większości nawet „narad wojennych” niewielka szczypta humoru pozwala na zwiększenie kreatywności, a w konsekwencji może pomóc w nieszablonowym rozwiązaniu problemu.

Jak więc łatwo się domyśleć – stoję na stanowisku, że humor jest dobry i stanowi wartość w środowisku zawodowym.

Humor jednak jest Grą przynajmniej dwóch osób i jako taki niebezpieczny. Wymaga bowiem współgrania nadawcy i odbiorcy. Główne ryzyko jakie za sobą pociąga, to łatwość pomylenia poczucia humoru z brakiem powagi lub lekceważeniem. Szczególnie przez ludzi, którym natura poczucia humoru nieco poskąpiła.  A już szczególnie jest to ryzykowne w przypadku środowisk międzynarodowych, czy w inny sposób zróżnicowanych kulturowo. Tu trzeba bardzo uważać, dobrze ważąc to z kim mamy do czynienia. I tu dochodzimy do punktu który w zasadzie był główną myślą, skłaniającą mnie do napisania tego wpisu. Do drugiego ryzyka stosowania humoru i żartu w pracy.

Bo dobre posługiwanie się humorem, wymaga finezji i wyczucia. To spora sztuka. Niezależnie od tego, czy zgodzicie się ze mną w mojej tezie, że humor w profesjonalnym środowisku jest dobry, a nawet pożądany, czy też bliższe Wam jest stwierdzenie, iż jest to brak powagi i profesjonalizmu. Niezależnie od tego, sądzę iż zgodzicie się ze mną, że najgorsze rozwiązanie to próba bycia wesołym „na siłę”. Istnieje bowiem grupa ludzi, która nie ma śmiechu i humoru głęboko w genach. Jednak z jakiegoś powodu w którymś momencie życia, postanawia „być zabawna”. Być może widząc korzyści z humoru, być może z innych przyczyn. Tak czy tak, efekt zwykle jest opłakany. Trudno bowiem o bardziej żenujący efekt niż uzyskany wtedy, gdy ze wszelkich sił staramy się być „wyluzowani i zabawni”.

Jeśli więc widzisz wartość humoru, jego moc we wprowadzaniu dobrej atmosfery i wentylowaniu złych emocji w miejscu pracy, nie masz jednak łatwości i lekkości w jego stosowaniu – podzielę się z Tobą swoim spostrzeżeniem. Które w moich oczach oddziela tych, których działania  wywołują uśmiech od tych, którzy zwykle wywołują u rozmówców dyskretne wywracanie oczami.

Nigdy nie staraj się być zabawny(a). Staraj się za to, dostrzegać zabawne rzeczy i sytuacje na co dzień, w otaczającym Cię swiecie, a potem pokazuj je innym. I obserwuj ich reakcje.

Bo w humorze nie chodzi o to by brylować jako komik, lecz o to by odnajdywać zabawność rzeczywistości.

Pozdrawiam

Przemek