Skip to content

Czy zaakceptujesz niespodziewaną przygodę? I czy masz czapkę w samolocie?

Listopad 7, 2012

Z jednej strony lubię nowe rzeczy. Nie mam tu na myśli rzeczy w sensie fizycznym, ile raczej nowe doświadczenia, doznania, wyzwania itp. Raczej nie jestem zbyt zachowawczą osobą. Co może nie do końca wpisuje się w ten schemat – podróżowanie zawsze wywołuje we mnie stres. Nie doświadczam tego stresu błąkając się po bardziej zapomnianych szlakach w ramach własnych wakacji. Ilekroć jednak pojawiam się służbowo na lotnisku łapią mnie nerwy – czy bagaż mi przejdzie? Czy bramka mi zapiszczy? Czy bilet jest w porządku? Czy karta płatnicza zadziała? Czy rezerwacja hotelu jest poprawna? Można więc rzec, że tak jak są ludzie bojący się lotów samolotami, ja boję się całej organizacji z nimi związanej.

Jako, że nie lubię własnych słabości, kiedy którąś namierzę, staram się robić to co uważam za najefektywniejsze – ćwiczę.

Pisząc ten tekst siedzę na lotnisku we Frankfurcie nad Menem. Choć pewnie będę go kończył w hotelu w Sztokholmie lub na następny dzień w pracy, bo za kilka minut ma zacząć się wpuszczanie na pokład. W Sztokholmie miałem być już wczoraj w nocy. Ale zupełnie niespodziewanie pojawiła się dla mnie szansa do ćwiczeń.

Pomiędzy samolotem Kraków-Frankfurt, a samolotem Frankfurt-Sztokholm miałem blisko 4 godziny do zagospodarowania. Cały czas w obrębie lotniskowego Security Zone, więc moja stresowa przypadłość w tym momencie nie działa. Bagaż dba sam o siebie, ja jestem odprawiony, bramki i związane z nimi obmacywanie już za mną. To co mnie czeka to krótki stres związany z boardingiem (czy bilet w porządku?) i potem dopiero stres hotelowy w Sztokholmie ( czy będzie ktoś na recepcji? Czy rezerwacja jest właściwa?) Generalnie plaża. Frankfurt jest dużym lotniskiem, ale w cztery godziny też się znudzi. Siedzę więc i to czytam, to myślę. Myśli moje uciekły w stronę tematu o którym piszę. Skąd ten stres? Jak go wyeliminować? Jak go lepiej rozćwiczyć? I kiedy tak myślę, w głośniku rozlega się głos informujący, iż „mój” lot jest „overbooked” (stres) i że zostaną wkrótce podane następne informacje. (stres). Po chwili znów informacja, ale po niemiecku (stres), nie pamiętam wiele z niemieckiego, wystarczająco jednak dużo, żeby zorientować się, że chodzi o „mój” lot (stres) i pada coś w stylu „szukamy osoby” (stres). Po chwili jednak pojawia się w eterze informacja po angielsku – szukają ochotnika który zgodzi się zrezygnować z dzisiejszego przelotu i polecieć jutro rano, przy czym linie lotnicze zapewnią mu hotel i odpalą jakiś voucher. Pomyślałem sobie – no pięknie. Ktoś musi wydostać się z tego monstrualnego lotniska znajdując swój bagaż (stres), dostać się jakoś do hotelu (stres), zdążyć z powrotem z rana na lotnisko (stres), przejść wszystkie odprawy i dać się obmacać (stres), a i pewnie telefonicznie zmienić rezerwację hotelu do którego miał trafić dzisiaj w Sztokholmie (stres). Moją pierwszą myślą było – przewalone. Trzydzieści sekund później stałem przy pani z Lufthansy i dowiadywałem się o szczegóły jutrzejszego przelotu. Okazało się, że samolot jest na tyle wcześnie, że zdążę w miarę spokojnie na spotkanie na które się wybieram. Czy można sobie wyobrazić lepszą okazję do treningu dla kogoś kto boi się lotnisk i hoteli? 15 minut później wędrowałem przez frankfurckie lotnisko w celu znalezienia swojej walizki. Okazało się jednak, że przedział bagażowy, w przeciwieństwie do pasażerskiego nie był „overbooked” więc moja walizka właśnie startuje. (stres) No cóż, pomyślałem. Jak trenujemy, to trenujemy i udałem się po „overnight kit” oferowany pasażerom którzy utknęli. Torbę sobie zostawię jako pamiątkową kosmetyczkę.

Ciekawa podróż. Przelot, bieganie po lotnisku, bieganie za walizką, autobus, Frankfurt, hotel, autobus, lotnisko, bramki, brzęczenie bramek, aluminiowy papierek od gumy do żucia w kieszeni, wykryty po długim macaniu pracownika ochrony, drugi lot „overbooked”, a w konsekwencji opóźniony, moje dotarcie na czas staje się mniej oczywiste, chwila przelotu, potem szukanie walizki w Sztokholmie znów opóźnienie. To wszystko jako ekstra treningowy prezent od losu. Prezent który kosztował mnie tyle, że krócej spałem.

Zyskałem natomiast nowe doświadczenie, do którego będę mógł się odwołać myślami, gdy następnym razem złapie mnie stres podróży służbowej. Plus mądrość płynącą z doświadczenia, która brzmi – kiedy lecisz gdzieś w listopadzie, zawsze do podręcznego bagażu weź swoją czapkę. Jestem łysy więc listopadowy Frankfurt dał mi popalić.

Pozdrawiam

Przemek

Reklamy

From → Uncategorized

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: