Skip to content

Fajrant na Babiej Górze.

Listopad 26, 2012

Ostatnio jak biegłem przypomniała mi się pewna sytuacja.

Dość dawno temu umówiłem się na wycieczkę z kolegą. Starym kolegą jeszcze z podstawówkowych czasów. Postanowiliśmy pójść na Babią Górę, wychodząc z Wideł i wracając przez przełęcz Krowiarki. W tamtym czasie każdy z nas uznawał się za wytrawnego łazika górskiego, gościa o żelaznej kondycji i wytrzymałości. Krótko mówiąc uważaliśmy się za takich macho, że nasze włosy na klacie powinny mieć swoje własne włosy na klacie.

Była to druga połowa lat 90-tych. Jeśli ktoś śledził losy branży tytoniowej w Polsce, to był to okres ostrej konkurencji w segmencie najtańszych fajek. W Małopolsce w tym czasie na tronie segmentu królowały „Fajranty”, które niedługo wcześniej bardzo szybko wycięły z rynku „Bezrobotne”. Co jest niemałym sukcesem, bo „Bezrobotne” były o ile pamiętam 30 groszy tańsze a w tym segmencie taka różnica jest bardzo istotna. Mój kolega był wówczas zdeklarowanym miłośnikiem Fajrantów. Ja -mając nieco bardziej snobistyczne zapędy – w owym czasie byłem zwolennikiem czerwonych Sobieskich. Uznałem jednak pragmatycznie, że mocno ekstrawagancka cena tych ostatnich, utrzymująca się na poziomie 3,50 PLN nie jest warta różnic w doznaniach i również zacząłem popalać Fajranty.

Szliśmy więc na Babią Górę. Każdy z nas czuł wyraźną potrzebę, udowodnienia światu (którego reprezentantem był kolega), że babiogórski Diablak jest niczym wobec naszych możliwości. Każdy z nas chciał pokazać iż wysiłku kosztuje go to tyle, co wyjście przed dom. Innymi słowy – każdy z nas próbował zaszpanować kondycją, znacznie lepszą niż w istocie dysponował. O Fajrantach można powiedzieć wiele, nie jednak to że sprzyjają wydolności organizmu. Efektem naszych ambicji było ciągłe podkręcanie tępa. Mimo, że było nas tylko dwóch zrobiliśmy sobie sprawny mini peleton. Mimo iż podejście z Wideł w lecie do szczególnie wymagających nie należy, nasze możliwości fizyczne dość szybko zaczęły ulegać redukcji. Tempo podchodzenia było zdecydowanie bardziej sportowe niż turystyczne. Żaden z nas jednak nie mógł dopuścić do siebie myśli, że miałby być tą stroną która powie „zwolnijmy” lub „zatrzymajmy się”. Choć coraz ciężej było ukryć wybałuszone oczy, czerwone twarze i ciężki oddech, my twardo graliśmy dalej tę komedię. Sytuacja była bez wyjścia, tkwiliśmy uwięzieni pomiędzy przesadzonym tempem, a narcystyczną miłością własną myloną niekiedy z ambicją. Któryś z nas będzie musiał popełnić seppuku. Inaczej nie będzie się dało z honorem z tego wyjść.

Na szczęście mój kolega znalazł rozwiązanie które nas uratowało. Z pomocą przyszły mu „Fajranty”. Zwolnił na chwilę i rozejrzał się, niby od niechcenia. Zatrzymałem się więc skwapliwie i popatrzyłem na niego z troską rodzica który widzi, że jego pociecha nie daje sobie rady. Jednocześnie koncentrowałem się głównie na tym, żeby nie zwymiotować z wysiłku. Kolega doprowadził swój oddech do stanu pozwalającego na powiedzenie czegokolwiek i tonem Roberta DeNiro stwierdził – „można by sobie zapalić”. To było to! Odpoczynek bez szramy na męskim ego. Byłem mu głęboko wdzięczny za tę propozycję. Kiedy tak staliśmy obok siebie nie dało się już ukryć jak ciężko dyszymy. Trzeba się było jakoś do tego odnieść – ukrywać się nie dało. Tu znowu pomocny okazał się kolega mówiąc.

– Ciężko oddychać. To dla mnie najgorszy rodzaj zmęczenia. Nic innego mnie nie rusza. Mogą mnie nogi boleć, mogą mi ręce opadać – dam sobie z tym radę. Ale jak nie mam czym oddychać – wtedy jest ciężej.

Skwapliwie mu przytaknąłem i po wypaleniu „Fajranta” każdy z nas czuł się nieco bardziej usprawiedliwiony, aby iść do góry bardziej racjonalnym tempem.

Ostatnio podczas biegania przesadziłem z szybkością i w konsekwencji kompletnie brakło mi tchu. Już miałem się zatrzymać ( co zawsze wiąże się u mnie z kacem moralnym po bieganiu ), myśląc sobie, że jak bolą nogi to pal diabli, ale jak nie ma czym oddychać to muszę odsapnąć. I wtedy błysnęła mi w łowie ta sytuacja sprzed nastu-lat. I wnioski które wyciągnąłem po tamtejszej wycieczce.

Kolega swoją tezą uratował wówczas moje zdrowie i dumę, jednak szybko zrozumiałem, że nie zgadzam się z tym co powiedział. Najgorszym zmęczeniem nie jest jakiś konkretny jego rodzaj.

Najgorszym zmęczeniem jest to, które odczuwamy w tym momencie. Bo to ono w tej chwili wywiera na nas najmocniejszy wpływ i może odciągnąć nas od wykonania następnego ruchu, a w konsekwencji położyć większe plany.

I bardzo dobrze, że tak jest. Bo dzięki temu najgorsze zmęczenie, jest jednocześnie tym, na które mamy największy wpływ by sobie świadomie z nim radzić.

pozdrawiam

Przemek

Reklamy

From → Rozwój osobisty

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: