Skip to content

Biegaj. Albo pływaj.

Wrzesień 12, 2013

Kiedy byłem mały, mojemu bratu udało się przekonać rodziców, żeby zapisali nas na TaeKwon-Do. Były to lata 80, azjatyckie sporty walki miały dopiero wejść w swój złoty wiek popularności i raczej postrzegane były z pewną podejrzliwością. No może poza Judo i Karate, które to nazwy już się nieco oswoiły w tamtym czasie. Brat jednak miał wyraźnie rysujące się zainteresowania i dużą determinację dopięcia swego. Jak to często jest w przypadku młodszego rodzeństwa, mogłem skorzystać z jego pracy, łatwo przejść przez te otwarte już drzwi i rozpocząć przygodę ze sportami walki.

Uważam, że ten rodzaj aktywności jest bardzo dobry. Dla ogólnego rozwoju fizycznego i psychicznego dla panowania nad niektórymi emocjami, dla samodyscypliny. Dużo zawdzięczam tym ładnym paru latom w czasie którym ćwiczyłem, uczyłem się nowych elementów, zdobywałem stopnie, próbowałem łamać coraz większe ilości sosnowych deseczek, czy stawałem do sparingu z coraz bardziej wymagającymi przeciwnikami. A raz na jakiś czas dostawałem bęcki od mocniejszych ode mnie, pokazujących mi, że jeszcze jest dużo do zrobienia. W tamtym wieku, była to jednak dla mnie przede wszystkim zabawa, nie zaś świadomy rozwój, czy walka.

To pewien paradoks, że tak na prawdę sportem który jako pierwszy zaczął na prawdę uczyć mnie walki, jest bieganie. Bieganie, do którego nigdy nie podchodziłem jak do współzawodnictwa – nie ścigałem się z nikim, nie brałem udziału w żadnym zorganizowanym biegu na czas. Biegam sam, a ostatnio raz na tydzień uczestniczę w biegowych treningach. Nie obejmujących jednak rywalizacji. Tym dziwniejsze może być więc to, że walczę.

Różnica leży w przeciwniku. W sportach walki oczywiście ogromnie dużo zależy od Ciebie. Ale równie dużo – od przeciwnika. Umiejętności i forma są zmienne po obu stronach. Czy to będzie boks, czy szermierka. Z tym samym partnerem, można raz wygrać, raz przegrać. Forma partnera jest jak wiatr w żeglarstwie – jest pierońsko ważnym elementem, pozostającym poza naszym wpływem.

W bieganiu, elementy zewnętrzne mają dużo mniejszą wagę. Walczysz z najbardziej wymagającą osobą. W bieganiu o sukcesie lub porażce decyduje tylko jeden gracz. Nie można zrzucić odpowiedzialności. No chyba, że faktycznie spadnie śnieg po pachy.

Niby nikt nie próbuje Cię walnąć w nos. Niby nie ma ryzyka, że padniesz na deski z podbitym okiem. A jednak kiedy lecisz na końcówce sił, czy -jak to się brzydko w tej dyscyplinie mawia – na zerzygu. W takim momencie stajesz się poligonem. Umysł walczy z ciałem o dominację. O to które z nich w tym związku będzie podejmowało decyzje.

Polecam każdemu, żeby poszukał sobie aktywności fizycznej, w której będzie zależny tylko od siebie i wykorzystał to do treningu psychicznego.

pozdrawiam

Przemek

Reklamy

From → Uncategorized

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: