Skip to content

Zaakceptuj swoją pozycję startową.

Wrzesień 29, 2014

Upłynął już dłuższy czas od wypadku który miałem, a który wspomniałem kilka wpisów temu. (swoją drogą źle to świadczy o mojej aktywności na blogu)

Postanowiłem więc pomału wracać do biegania. Raz, że chciałbym odbudować swoje możliwości fizyczne, dwa, że po odstawieniu papierosów bardzo, ale to bardzo potrzebuję endorfin.

Bieganie sprawia mi jednak spory problem. I to na zupełnie nieoczekiwanej płaszczyźnie.

Do przewidzenia było, że rozbieganie się po półrocznej przerwie, z czego połowa o kulach będzie fizycznie trudne. Wydolność oddechowa, słabsze nogi, ból kontuzjowanego stawu, waga która w tym czasie zbliżyła się do kwintala. Wszystko zrozumiałe i do przewidzenia.

Jednak problem o którym mówię jest inny. to kłopot natury psychicznej. Niezwykle trudno jest mi zaakceptować zupełnie inny poziom, na jakim się teraz znalazłem. Wielopoziomową degradację na drabinie osiągnięć sportowych, po której długo i mozolnie lazłem w górę. Biegnę na granicy swoich możliwości, osiągając czasy którymi byłbym zażenowany w marcu tego roku. I zażenowanie odczuwam. Mimo racjonalnego zrozumienia konsekwencji, jakie ma taka przerwa – wymagam od siebie i oczekuję wskoczenia na ten sam, lub przynajmniej zbliżony poziom który prezentowałem sobą dzień przed połamaniem nogi. Mimo iż rozumiem, że jest to nierealne, odczuwam głębokie niezadowolenie kiedy potwierdza się to w praktyce. Możesz sobie łatwo wyobrazić jak odbija się to na mojej motywacji. Dodam, że biegam dla relaksu, a nie żeby się frustrować.

Znam pewną osobę, nazwijmy ją Tomkiem. Tomek pod koniec lat dziewięćdziesiątych dostał się na prawnicze studia. Prawo jako dziedzina po części go interesowała, po części mu imponowała. W tamtych czasach wydział prawa był łatwy do rozpoznania – nie po budynku czy napisach, ale po studentach. Wyróżniali się oni wyraźnie, biegając w garniturach i dzierżąc w rękach nieodłączne aktówki. Widać było od razu, że bardzo chcieli krakać jak wrony, między które chcieli trafić. Tomek dołączył do tego grona, lecz rok rozpoczęcia studiów złożył się pechowo z pewnymi trudnościami w jego życiu osobistym. W efekcie oblał część egzaminów i wyleciał ze studiów. Tomek jednak nie zamierzał się poddać łatwo. Wystartował drugi raz i dostał się ponownie. I tu zaczyna się historia braku akceptacji swojej wyjściowej pozycji, bardzo podobnej do mojego biegania.

Tomek mianowicie nie mógł pogodzić się z faktem, że spadł ze swojej hierarchicznej drabiny. Jego koledzy – w garniturach z aktówkami biegali teraz na zajęcia drugiego roku. On jednak miał iść na pierwszy. Cofnął się o rok, tak jak ja cofnąłem się, w swoich możliwościach fizycznych. Najrozsądniejsze co mógł wtedy zrobić Tomek, było zaakceptowanie nowej sytuacji, wliczając w to wypadnięcie z grupy z którą zaczynał. Pogodzenie się ze swoją nową pozycją startową w tym wyścigu. To jednak było zbyt trudne dla Tomkowego Ego. Ruszył więc szturmem na zajęcia drugiego roku, wraz ze swymi koleżankami i kolegami, próbując w między czasie łatać braki z roku pierwszego. Założenie, że to, czego nie dał rady zrobić jako jedynego zadania, da radę zrobić równolegle z drugim rokiem może się jednak wydawać dziwne. Studia takie są wymagające. Tak więc rozpoczęła się dla niego destrukcyjna seria nawarstwiających się zaległości, wypadania ze studiów i wracania na nie wszelkimi metodami, z jednoczesnym ciągłym pozycjonowaniem się, nie do grupy pierwszego, czy drugiego roku, lecz do początku peletonu z którym zaczynał studia. W tym wyścigu był oczywiście bez szans. W niezwykle niekonstruktywny sposób spędził kilka lat swojego życia, grzebiąc swoje poczucie własnej wartości głęboko pod przeżytymi porażkami, frustracjami, rozczarowaniami i wstydem. Do końca jednak nie mógł zaakceptować, że jego pozycja startowa jest inna. Że zmieniła się w czasie.

Jeśli czytasz tego bloga, to najprawdopodobniej jesteś z Polski. Niewielkie są więc szanse, że jesteś buddyjskim mnichem skoncentrowanym na pogodzeniu się ze światem takim jakim jest. W naszej kulturze – zachłyśniętej dodatkowo wzorcami zachodnimi, cenne jest parcie do przodu. Cenimy tych którzy osiągnęli „sukces”, choć sam sukces różnie jest definiowany. Żeby coś osiągnąć potrzebny jest wysiłek i wiara we własne siły. Potrzebną cechą jest brak akceptacji zastanej rzeczywistości i idąca za nim motywacja do jej zmiany. W wielu poradnikach służących automotywacji wychwalana jest postawa braku akceptacji dla swojej pozycji w świecie.

Czym innym jest jednak nie akceptowanie zastanego stanu rzeczy, czym innym jest zaś mydlenie sobie oczu co do oceny własnej sytuacji wyjściowej. Własnej pozycji startowej. Musisz ją znać, jeśli chcesz nawigować i podejmować słuszne kroki do celu. Inaczej, działasz na ślepo. Gdzieś w końcu zajedziesz, jednak jakość owego „gdzieś” i zgodność z Twoimi wartościami, będzie w dużej mierze pochodną życiowego fartu lub jego braku.

Wiem dobrze, że jeśli w końcu nie pogodzę się ze swoją aktualną kondycją fizyczną, a będę żył tęsknotą za kondycją zeszłoroczną, to albo zrażę się do biegania, bo każde bieganie będzie oznaczało frustrację, albo zrobię sobie krzywdę żyłując przesadnie swój organizm. W obu przypadkach oddalę się od mojego celu, jakim na tym polu jest dla mnie czerpanie radości z samego biegania i czerpanie satysfakcji z osiąganych wyników.

Pozdrawiam

Przemek Grąbka

Reklamy

From → Uncategorized

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: