Skip to content

Jak w tym roku zaktualizujesz swoje CV?

Część z nas ma tę brzydką cechę, że aby czuć satysfakcję musi mierzyć się z wyzwaniami. Potrzeba osiągnięć ma dobre i złe strony, jak wszystko. Zamiast ją jednak teraz filozoficznie oceniać, przyjmijmy po prostu, że jest w nas. Na różnym poziomie. Niektórzy to terminatory zorientowane jedynie na cel i idące ku niemu jak buldożery. Inni chcieliby coś konkretnego zrobić, osiągnąć, ale w nijakości dnia codziennego wielkie idee ulegają rozpuszczeniu.

Pomyślałem sobie dzisiaj, że wato sobie systematycznie zadawać dwa pytania – w różnych ujęciach czasowych. W ujęciu rocznym – dając sobie szansę na większe tematy. W ujęciu miesięcznym – zabezpieczając się nieco przed owym rozmyciem. Pewnie i inne ramy są sensowne – dłuższe niż rok i krótsze niż miesiąc.

Owe dwa pytania które wydały mi się tak mądre, są dość proste:

– Co nowego i wartościowego, po ostatnim roku mogę sobie wpisać  w CV?

– Co nowego i wartościowego, zamierzam sobie wpisać w CV po upłynięciu kolejnego roku?

 

Jaką masz na to odpowiedź? Niezależnie od tego czym się aktualnie zawodowo zajmujesz.

Pozdrawiam

Przemek

Reklamy

Na jakiej liście trzymasz swojego szefa?

Od jakiegoś już czasu mam na dysku plik zatytułowany „ludzie, z którymi warto pracować”. Uzupełniam go co jakiś czas. Znajdują się tam nazwiska osób, z którymi się zetknąłem na płaszczyźnie zawodowej, a co do których z różnych przyczyn nabrałem przekonania, że są to ludzie z którymi warto pracować. Na mojej liście są tęgie głowy techniczne, zdolni liderzy zespołów, sprawni nauczyciele – ludzie o różnych profilach.

Kiedyś zacząłem tworzyć tę listę zaczynając od dwóch nazwisk, z myślą – jak kiedyś postanowię założyć własną firmę, lub ogólnie własne, ambitne przedsięwzięcie – to są ludzie których chciałbym zaprosić do współpracy. Dziś na mojej liście jest ponad 30 nazwisk, ludzi o różnych profilach.

Niedawno znów aktualizowałem moją listę. Jednak ten update był inny niż wcześniejsze. Do listy osób z którymi chciałbym pracować, dopisałem swojego bezpośredniego przełożonego (chyba nie czyta tego bloga, więc mogę to napisać bez posądzenia o wazeliniarstwo).

Różnie ludzie podchodzą do roli szefa. Wielu z nas uważa szefa za zło konieczne. Dziś jednak mogę powiedzieć, referując już do własnego doświadczenia – moment kiedy uważasz swojego szefa za gościa, z którym warto pracować, jest znaczącą zmianą jakościową. Wpływa na morale, na poczucie bezpieczeństwa, na poczucie sensowności działań. Słowem – na wiele aspektów poprawiających komfort własnej pracy.

Na jakiej liście mógłbyś wpisać swojego szefa?

Jeśli jesteś szefem, czy wiesz na jaką listę wpisali by Cię Twoi ludzie?

Bo wielu z nas, w mniej lub bardziej sprecyzowanej formie prowadzi sobie również listy palantów którzy nie mają o niczym pojęcia i trzeba ich unikać. Nawet jeśli te listy są tylko w głowie.

Pozdrawiam

Przemek

Nie rzuciłem.

Ten blog miał z założenia być miejscem, w którym mogę podzielić się swoimi przemyśleniami, a nie miejscem w którym piszę o sobie i swoich przeżyciach. Nie miał być ani miejscem do karmienia ego, ani konfesjonałem. Niemniej jednak teraz trochę tego drugiego, dla symetrii.

Otóż nie rzuciłem palenia. W drugim, czy trzecim tygodniu bez nikotyny, znalazłem sobie wystarczająco stresującą sytuację, która uzasadniała sięgnięcie po papierosa. No cóż – w niewielu rzeczach na świecie mamy takie doświadczenie, jak w racjonalizacji.

Mam w pracy bardzo dobrego kolegę, który akurat na ten blog zagląda. Ów kolega parę dni temu, zmierzył mnie krytycznym spojrzeniem, kiedy odpalałem papierosa i powiedział:

„Liczę, że zdementujesz teraz swój nadęty wpis na blogu, o tym jak to niby rzuciłeś palenie”.

Zaskoczył mnie co nieco, ale cóż – jest w tym trochę słuszności. Niewątpliwie – nie jestem w tej materii wzorem do naśladowania.

Natomiast chciałem podkreślić, że niezależnie od moich osobistych słabości, wyliczenia i argumenty wymienione miesiąc temu we wpisie „Ile kosztuje Marlboro Light?” dalej są prawdziwe…

Pozdrawiam

Przemek

Zaakceptuj swoją pozycję startową.

Upłynął już dłuższy czas od wypadku który miałem, a który wspomniałem kilka wpisów temu. (swoją drogą źle to świadczy o mojej aktywności na blogu)

Postanowiłem więc pomału wracać do biegania. Raz, że chciałbym odbudować swoje możliwości fizyczne, dwa, że po odstawieniu papierosów bardzo, ale to bardzo potrzebuję endorfin.

Bieganie sprawia mi jednak spory problem. I to na zupełnie nieoczekiwanej płaszczyźnie.

Do przewidzenia było, że rozbieganie się po półrocznej przerwie, z czego połowa o kulach będzie fizycznie trudne. Wydolność oddechowa, słabsze nogi, ból kontuzjowanego stawu, waga która w tym czasie zbliżyła się do kwintala. Wszystko zrozumiałe i do przewidzenia.

Jednak problem o którym mówię jest inny. to kłopot natury psychicznej. Niezwykle trudno jest mi zaakceptować zupełnie inny poziom, na jakim się teraz znalazłem. Wielopoziomową degradację na drabinie osiągnięć sportowych, po której długo i mozolnie lazłem w górę. Biegnę na granicy swoich możliwości, osiągając czasy którymi byłbym zażenowany w marcu tego roku. I zażenowanie odczuwam. Mimo racjonalnego zrozumienia konsekwencji, jakie ma taka przerwa – wymagam od siebie i oczekuję wskoczenia na ten sam, lub przynajmniej zbliżony poziom który prezentowałem sobą dzień przed połamaniem nogi. Mimo iż rozumiem, że jest to nierealne, odczuwam głębokie niezadowolenie kiedy potwierdza się to w praktyce. Możesz sobie łatwo wyobrazić jak odbija się to na mojej motywacji. Dodam, że biegam dla relaksu, a nie żeby się frustrować.

Znam pewną osobę, nazwijmy ją Tomkiem. Tomek pod koniec lat dziewięćdziesiątych dostał się na prawnicze studia. Prawo jako dziedzina po części go interesowała, po części mu imponowała. W tamtych czasach wydział prawa był łatwy do rozpoznania – nie po budynku czy napisach, ale po studentach. Wyróżniali się oni wyraźnie, biegając w garniturach i dzierżąc w rękach nieodłączne aktówki. Widać było od razu, że bardzo chcieli krakać jak wrony, między które chcieli trafić. Tomek dołączył do tego grona, lecz rok rozpoczęcia studiów złożył się pechowo z pewnymi trudnościami w jego życiu osobistym. W efekcie oblał część egzaminów i wyleciał ze studiów. Tomek jednak nie zamierzał się poddać łatwo. Wystartował drugi raz i dostał się ponownie. I tu zaczyna się historia braku akceptacji swojej wyjściowej pozycji, bardzo podobnej do mojego biegania.

Tomek mianowicie nie mógł pogodzić się z faktem, że spadł ze swojej hierarchicznej drabiny. Jego koledzy – w garniturach z aktówkami biegali teraz na zajęcia drugiego roku. On jednak miał iść na pierwszy. Cofnął się o rok, tak jak ja cofnąłem się, w swoich możliwościach fizycznych. Najrozsądniejsze co mógł wtedy zrobić Tomek, było zaakceptowanie nowej sytuacji, wliczając w to wypadnięcie z grupy z którą zaczynał. Pogodzenie się ze swoją nową pozycją startową w tym wyścigu. To jednak było zbyt trudne dla Tomkowego Ego. Ruszył więc szturmem na zajęcia drugiego roku, wraz ze swymi koleżankami i kolegami, próbując w między czasie łatać braki z roku pierwszego. Założenie, że to, czego nie dał rady zrobić jako jedynego zadania, da radę zrobić równolegle z drugim rokiem może się jednak wydawać dziwne. Studia takie są wymagające. Tak więc rozpoczęła się dla niego destrukcyjna seria nawarstwiających się zaległości, wypadania ze studiów i wracania na nie wszelkimi metodami, z jednoczesnym ciągłym pozycjonowaniem się, nie do grupy pierwszego, czy drugiego roku, lecz do początku peletonu z którym zaczynał studia. W tym wyścigu był oczywiście bez szans. W niezwykle niekonstruktywny sposób spędził kilka lat swojego życia, grzebiąc swoje poczucie własnej wartości głęboko pod przeżytymi porażkami, frustracjami, rozczarowaniami i wstydem. Do końca jednak nie mógł zaakceptować, że jego pozycja startowa jest inna. Że zmieniła się w czasie.

Jeśli czytasz tego bloga, to najprawdopodobniej jesteś z Polski. Niewielkie są więc szanse, że jesteś buddyjskim mnichem skoncentrowanym na pogodzeniu się ze światem takim jakim jest. W naszej kulturze – zachłyśniętej dodatkowo wzorcami zachodnimi, cenne jest parcie do przodu. Cenimy tych którzy osiągnęli „sukces”, choć sam sukces różnie jest definiowany. Żeby coś osiągnąć potrzebny jest wysiłek i wiara we własne siły. Potrzebną cechą jest brak akceptacji zastanej rzeczywistości i idąca za nim motywacja do jej zmiany. W wielu poradnikach służących automotywacji wychwalana jest postawa braku akceptacji dla swojej pozycji w świecie.

Czym innym jest jednak nie akceptowanie zastanego stanu rzeczy, czym innym jest zaś mydlenie sobie oczu co do oceny własnej sytuacji wyjściowej. Własnej pozycji startowej. Musisz ją znać, jeśli chcesz nawigować i podejmować słuszne kroki do celu. Inaczej, działasz na ślepo. Gdzieś w końcu zajedziesz, jednak jakość owego „gdzieś” i zgodność z Twoimi wartościami, będzie w dużej mierze pochodną życiowego fartu lub jego braku.

Wiem dobrze, że jeśli w końcu nie pogodzę się ze swoją aktualną kondycją fizyczną, a będę żył tęsknotą za kondycją zeszłoroczną, to albo zrażę się do biegania, bo każde bieganie będzie oznaczało frustrację, albo zrobię sobie krzywdę żyłując przesadnie swój organizm. W obu przypadkach oddalę się od mojego celu, jakim na tym polu jest dla mnie czerpanie radości z samego biegania i czerpanie satysfakcji z osiąganych wyników.

Pozdrawiam

Przemek Grąbka

Ile kosztuje Marlboro Light?

Paczka papierosów o których mowa w tytule kosztuje w okolicach 14tu złotych.

W środku jest 20 papierosów co daje cenę jednostkową na poziomie 70 groszy za pojedynczego papierosa tego typu.

Not a big Deal – można by powiedzieć.

W zeszłym roku, poczęstowany przez kolegę takim właśnie papierosem, pomyślałem podobnie. Uznałem, że od momentu w którym rzuciłem palenie minęło wystarczająco dużo czasu, abym sobie mógł bez konsekwencji, a z przyjemnością, takiego papieroska zapalić.

Minął rok. Siedzę przy biurku mocno zirytowany, bo właśnie mija czwarty dzień odkąd (znowu) rzuciłem palenie.

W minionym roku paliłem. Przez pierwsze tygodnie od owego poczęstunku paczka papierosów wystarczała mi na tydzień. Potem na dwa dni. Po pół roku przeskoczyłem na swoją dawną porcję paczki papierosów na dobę i w ten sposób „dojechałem” do ostatniej niedzieli.

Co to oznacza – pomijając skutki zdrowotne roku palenia jak smok, pomijając frustrację którą zrozumie tylko palacz który już miał nadzieję, że wygrał a koncentrując się jedynie na twardych aspektach.

Paczka papierosów kosztuje w okolicach 14tu złotych.

Rok ma 365 dni.

Dla uproszczenia uznajmy, że przez pół roku paliłem pół paczki dziennie. Przez resztę czasu paczkę. Nie jest to odległe od prawdy.

Ile więc kosztuje jeden Marlboro Light?

Rok temu zostałem poczęstowany papierosem którego cena zamykała się w kwocie 70ciu groszy. Przyjąłem poczęstunek. Konsekwencją tej decyzji było 3832 złote, które wydałem na papierosy w przeciągu następnych 12 miesięcy. Do tego należałoby dodać koszt e-papierosa którego w desperacji kupiłem sobie na wiosnę przeznaczając na to ponad 100 złotych, oraz gum do żucia których hurtową ilością żywię się aktualnie.

Not a big Deal, pomyślałem sobie rok temu. Nie sądziłem wtedy, jak jestem rozrzutny wydając blisko cztery tysiące złotych lekką ręką.

 

Wiele decyzji pociąga za sobą dobre i złe konsekwencje. Nie wszystkie one są widoczne. Część da się przewidzieć. Ale nawet te, które dostrzeżemy poniewczasie warto przyjąć jako lekcję.

Pozdrawiam

Przemek

 

Idea – Broń obosieczna.

W idei jest magia.

Każdy kto zetknął się choć przez moment z idelistą, może to potwierdzić. W idealiźmie tkwi ogromna siła.

Nie mam tu na myśli fanatyzmu – choć i tu sił ciężko odmówić. Nie mówię więc też o agresji, tylko o spokojnej, stabilnej sile. Nie sile ciosu w twarz, lecz sile słupa na którym można postawić dach. Chodzi mi o zdrowy idealizm. Idealizm którym niektórzy z nas potrafią się kierować w życiu. Ten rodzaj idealizmu, który pozwala wykrzesać z siebie energię, kiedy inni już by opuścili. Który pozwala zrobić to „co trzeba”, zamiast tego „na co mam ochotę”. Ten idealizm który przełamuje pragmatyzm i cynizm. Jest w nim magia, bo działa jak jakieś niezbadane złoże naturalnej energii – psychicznej i fizycznej. Ludzie napędzani ideą mogą dłużej, mocniej, dalej i wyżej niż ich pragmatyczne odpowiedniki. Przez wiele lat mojego życia byłem absolutnym fascynatem idealizmu. A ludzie napędzani tym paliwem budzili mój podziw.

Dopiero niedawno zdałem sobie, że także i w tym temacie kij ma dwa końce. A myślenie w kategoriach idei wprowadza nowe ryzyka.

Staram się postępować słusznie. Bo mam w głowie ideę człowieka, jakim chciałbym być. Pewien obraz. Archetyp. Obraz ten pozwala mi nawigować po decyzjach które codziennie podejmuję. W zależności od tego jak obraz jest mocny, jak mocno jestem z nim zżyty, tak mocnym przeciwnikiem będzie w pojedynku pragmatyzmu z idealizmem, w momencie rozstrzygania dylematów. Kiedy już mi się nie chce po raz kolejny sprawdzać poprawności kodu, który pewnie jest dobry. Moje lenistwo (czy raczej pragmatyzm służący racjonalnemu wykorzystaniu własnej energii) może stoczyć walkę z ideą, inżynierskiego etosu. Archetypu profesjonalisty, który ów kod powinien sprawdzić.

Obraz/drogowskaz może być ogólny (TurboPrzemekGrąbka Jakim Chciałbym Być). Lub funkcjonalny dla poszczególnych obszarów. Profesjonalista jakim chciałbym być. Manager jakim chciałbym być. Mąż jakim chciałbym być. Ojciec jakim chciałbym być. Sportowiec, sąsiad, itd. Wszystkie te obrazy mogą być dynamicznie wykorzystywane w walce z brakiem motywacji lub silnej woli do realizacji postanowień. I wszystko byłoby pięknie. Gdyby nie jedna przeszkoda.

Nie jestem idealny. Przykro mi – ale Ty też nie.

Mierząc się z ideą przegramy. Próbując jej dorównać skazujemy się na frustrację. Nikt z nas nie lubi być permanentnie sfrustrowany. Frustracja, rozmijanie się z idealnym obrazkiem może być motywujące przez jakiś czas. Możemy zdobyć w ten sposób determinację, do wyrównania różnic pomiędzy tym co u siebie widzimy, a tym co widzimy na swoim „obrazku wzorcowym”. Ale na dłuższą metę pozostające różnice będą demotywować. Znów robię woltę do perfekcjonizmu, o którym już nie raz pisałem, lecz pasuje mi tu jak ulał.

Budując ideał, stawiamy sobie oczekiwania. Jeśli nie potrafimy im sprostać, skazujemy się na frustrację. Jeśli jest zbyt odległy od tego kim jesteśmy, co potrafimy to w ogóle pewnie nie podejmiemy wyzwania. Jeśli mamy perfekcjonistyczną naturę, to samo ryzyko niesprostania wpycha nas w objęcia odwlekania, prokrastynacji, unikania zagadnienia. Jeden z moich współpracowników powiedział kiedyś bardzo ładne zdanie, podsumowując znaczącą różnicę pomiędzy ambitnymi planami, a tym co udało się nam osiągnąć w pewnym okresie:

„Postawiliśmy sobie bardzo wysoko poprzeczkę. A potem, defiladowym krokiem i z dumnie podniesioną głową przeszliśmy pod nią.”

Jeśli posługujesz się ideałem, to traktuj go tylko jako symboliczne wskazanie kierunku. A nie twarde oczekiwanie w stosunku do siebie. A potem pilnuj, żeby żaden z tak stworzonych ideałów nie stał się poprzeczką, pod którą i tak zamierzasz przejść dołem. W przeciwnym razie najprawdopodobniej szybko stracisz zainteresowanie nim i zostanie nierealnym tworem.

Miłego tygodnia

Przemek Grąbka

Follow the flow.

Dokładnie w dzień po zamieszczeniu ostatniego wpisu miałem wypadek motocyklowy. Jest w tym nieco ironii, bo był to pierwszy „motocyklowy” wpis od długiego dość czasu. Wypadek skończył się dla mnie dość porządną kontuzją, unieruchomioną na ponad miesiąc nogą, na której właśnie zaczynam nieśmiało na powrót uczyć się chodzić.

Poza tymi konsekwencjami była jednak jeszcze jedna – konieczność systematycznego spędzania czasu w ośrodku publicznej służby zdrowia pod wezwaniem ortopedii. Konieczność ta pociągała za sobą doświadczenia tyleż frustrujące co kształcące, jeśli próbować podejść do tego pozytywnie. Służba zdrowia zdaje się być miejscem, w którym nieprędko zawitają nowatorskie idee ubiegłego wieku, takie jak zarządzanie pod kątem „flow efficiency”. Użyję przykładu, starając się przy tym nie przerysowywać. Przynajmniej nie bardziej niż to konieczne.

Kończę wizytę u lekarza. Lekarz, a raczej asystująca mu osoba wystawia mi skierowanie na kolejną wizytę za dwa tygodnie. Na tym etapie wiadomo już mniej więcej co wtedy ma się stać. Podczas wizyty będzie trzeba zrobić kolejne prześwietlenie, oraz zdjąć noszony od miesiąca gips. Nie wiadomo, czy będzie trzeba zastąpić pełny gips szyną, czy też noga będzie już w wystarczająco dobrym stanie aby próbować żyć bez tego. To ma orzec specjalista po obejrzeniu zdjęć i zbadaniu samej nogi. Wychodzę z gabinetu i idę do rejestracji. Dostaję termin na wtorek, za dwa tygodnie na godzinę 9.30.

Pojawiam się po dwóch tygodniach. Jest godzina 8:30 – tak miałem transport. Zasiadam w korytarzu pełnym mniej lub bardziej połamanych i zagipsowanych ludzi. Kolejka kotłuje się i tonie w standardowych pytaniach – kto pierwszy, kto ostatni, który doktor przyjmuje, czy mogę tylko wejść i się zapytać itp. Obok mnie siedzą ludzie którzy byli umówieni na 8:00 i Ci którzy mają na 11:00. Pacjenci z założenia wywoływani są po nazwisku zgodnie z godzinami zapisów. Ilekroć jednak otworzą się drzwi, do środka startuje kilka osób – jedni z kolejki inni nie. Zwykle albo o coś pytają (chciałem tylko zapytać, czy jest moja karta), próbują obsłużyć dalszą część swojej wizyty (ja mam już te zdjęcia zrobione), albo hackują system („mnie przysłał doktor Nowak i mówił że Pan mnie przyjmie”, lub „ja od pani Gosi”), osobną kategorią są inni pracownicy szpitala którzy akurat coś sobie uszkodzili i potrzebują usług swoich kolegów ortopedów – Ci przychodzą w medycznych fartuchach i starają się wyglądać służbowo – tak bardzo „w pracy” jak to możliwe. Prywatne interesy zdradzają jednak własne zdjęcia rentgenowskie z którymi wracają po chwili. Przy każdym otwarciu drzwi wyżej wspomniana grupa atakuje. Wtedy rozpoczyna się gra. Jeśli wychodząca z kartami i wywołująca nazwiska pacjentów pani, lub wychodzący pacjent zdąży podać nazwisko następnego, który według kolejności powinien wejść – wtedy wchodzi pacjent z kolejki. Jeśli jednak zanim zdąży paść nazwisko grupa „pytająco uprzywilejowana” zaatakuje gabinet – ktoś z nich wejdzie pierwszy ze swoją sprawą, omijając tym samym kolejkę. Oczywiście efektem jest rozsypanie się planowanych godzin przyjęć już na pierwszych pacjentach. Nic to – nie jestem tu pierwszy raz – wiedziałem, że 9:30 jest bardzo umowna i mam zarezerwowany dzień wolny. Poczekam.

Zbliża się 11:00 kiedy pada moje nazwisko. Wchodzę. Krótkie poszukiwanie mojej karty i doczytywanie szczegółów. Już wiadomo co mi dolegało dwa tygodnie temu i co należy zweryfikować dziś. Zapada decyzja – potrzebne prześwietlenie. Pani wypisuje skierowanie na rentgen. Potrzeba nowego prześwietlenia była jasna dwa tygodnie wcześniej – nic nie szkodziło wypisać skierowania, dzięki czemu przyszedłbym od razu ze zdjęciem. Trudno. Idę na rentgen. Tu idzie dość sprawnie, jednak kiedy wracam, teraz to ja dołączam do grupy atakujących drzwi poza kolejką. Wiem, że nie wywołają mnie drugi raz po nazwisku. Teraz sam muszę wtargnąć do gabinetu w czasie gdy wyczytujący bierze oddech i rzucić to samo irytujące „mam już te zdjęcia zrobione”. W prawdzie przegrywam bezpośrednie starcie z pacjentem „od doktora Nowaka”, ale wiem już, że pewnie wejdę następny. Kolejka patrzy na mnie niechętnie. W trzeciej godzinie czekania ludzie stają się bardziej drażliwi.

Wchodzę. Lekarz ogląda uważnie moje zdjęcia. Po chwili wyrokuje – trzeba zdjąć gips i to obejrzeć. Pani asystująca wypisuje skierowanie do ambulatorium. Potrzeba zdjęcia usztywnienia również była jasna dwa tygodnie temu. Gdybym wówczas dostał skierowanie do ambulatorium, wchodząc tu za pierwszym razem miałbym ze sobą i zdjęcie i nogę gotową do oględzin. Trudno jednak. Idę do ambulatorium. Dostrzegam, że podobną drogą podąża za mną inny zagipsowany nieszczęśnik Pan X. Był za mną na pierwszej wizycie, potem na rentgenie. Ściąganie gipsu. Po raz pierwszy od 6ciu tygodni widzę własną nogę. Będziemy musieli przełamać pierwsze lody i od nowa się zaprzyjaźnić. Na razie udaje, że jest cudza. Wracam do lekarza. Ustawiam się przy samych drzwiach i próbuję rozładować napięcie w kolejce jakimś kiepskim dowcipem. Wyglądam żałośnie – nawet bez gipsu ale tu każdy wygląda słabo – zagipsowany lub z dziwnymi metalowymi konstrukcjami wystającymi z kończyn. Nikogo więc nie wezmę na litość.

Wchodzę. Dostrzegam jeszcze, że w kolejce za mną próbuje się ustawić Pan X. W zasadzie od tego momentu zaczyna się wizyta. Lekarz ponownie ogląda zdjęcia – poprzednie oglądanie z przed kilkunastu minut zostało zapomniane, lub nie chciał mnie pomylić z innym pacjentem, nie winię go za to bo przemiał pacjentów jest spory – tak czy tak musiał poświęcić na to ponownie, taką samą ilość czasu co poprzednio. Następnie ogląda mnie dokładnie, ściska, zgina, dopytuje. Myśli chwilę, po czym wydaje werdykt co do dalszego ze mną postępowania. Wygląda na człowieka który zna się na swoim fachu, więc nie mam zastrzeżeń do tej części. Poleca mi przyjść na wizytę za dwa tygodnie. Nieśmiało pytam, czy mogę od razu dostać skierowanie na rentgen. Mogę. Pani wypisuje. Wychodzę. Dochodzi południe. Badanie opisane w powyższym akapicie trwało około 7miu minut razem z wypisaniem skierowania. Wychodząc mijam się z Panem X udało mu się wbić.

Żona towarzysząca mi cierpliwie od rana idzie zarejestrować mnie na wizytę za dwa tygodnie. Na szczęście stojąc pod rejestracją spogląda jeszcze raz na rentgenowskie skierowanie. Jest wypisane na Pana X. Nie na mnie. Musi wrócić i wbić się jeszcze raz do gabinetu – jest zdrowa, ma całe ręce i nogi, więc niechęć kolejki będzie znacznie większa. Koniec wizyty. Nie mam żadnych zastrzeżeń do medycznych kompetencji ludzi, z którymi się zetknąłem. Zająłem im jednak znacznie więcej czasu niż było to koniecznie – trzy wtargnięcia plus przepisanie skierowania zamiast jednego, plus działanie jako dystraktor podczas prób wbicia się do lekarza. Sam straciłem całe przedpołudnie, podczas gdy de facto potrzebne było w okolicach 16 minut (7 faktyczna wizyta, 4 rentgen i może 5 na ściąganie gipsu. Dodatkowo przyłażąc i odłażąc przyczyniałem się do ogólnej frustracji i bałaganu w kolejce pacjentów. Dodatkowo ta nieszczęsna grupa znajomych (od doktora Nowaka i od pani Gosi) – o ile wydajniej byłoby ustalić zasadę – od 8mej do 9.30 przyjmujemy tylko znajomych i współpracowników. Znajomi i współpracownicy przychodzili by wtedy nie czając się i wbijając i nie próbując udawać,że są tu służbowo, a przez resztę dnia kolejka szła by nie zaburzona i przewidywalna. O racjonalizacji przepływu pacjentów pomiędzy lekarzem a pomocniczymi jednostkami (choćby rentgen i ambulatorium w moim przypadku) nie wspomnę. Pod kątem organizacyjnym dobre konsultacje z zarządzania strumieniem zadań, czy dobrze opracowany value stream mapping mógłby zdziałać cuda w służbie zdrowia i to niewielkim kosztem – delta pomiędzy tym co jest, a tym co jest możliwe – jest bardzo duża.

Wyszedł mi wpis bardzo niekonstruktywnie-narzekający, ale co tam – raz na czas każdy ma prawo.

Pozdrawiam

Przemek

 

PS. Niestety Pan X ulotnił się i niedane było mi go ponownie spotkać. Najprawdopodobniej dopiero za dwa tygodnie zobaczy, że ma skierowanie wystawione na mnie.